Nawrócenie św. Pawła (fragment)

O zaletach „porządnego zaliczenia gleby”

Szaweł ciągle jeszcze siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich. Udał się do arcykapłana i poprosił go o listy do synagog w Damaszku, aby mógł uwięzić i przyprowadzić do Jeruzalem mężczyzn i kobiety, zwolenników tej drogi, jeśliby jakichś znalazł. Gdy zbliżał się już w swojej podróży do Damaszku, olśniła go nagle światłość z nieba. A gdy upadł na ziemię, usłyszał głos, który mówił: „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?” „Kto jesteś, Panie?” – powiedział. A On: „Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz. Wstań i wejdź do miasta, tam ci powiedzą, co masz czynić”. Ludzie, którzy mu towarzyszyli w drodze, oniemieli ze zdumienia, słyszeli bowiem głos, lecz nie widzieli nikogo. Szaweł podniósł się z ziemi, a kiedy otworzył oczy, nic nie widział. Zaprowadzili go więc do Damaszku, trzymając za ręce. Przez trzy dni nic nie widział i ani nie jadł, ani nie pił. (Dz. 8, 1-9)

Komentarz:

Czasem dobrze jest w życiu „zaliczyć porządną glebę”. Wiem co mówię, jestem mistrzem zaliczania gleby…

Spodziewam się, że istnieje wiele innych, nie tak wstrząsających sposobów na zwrócenie mi uwagi, że coś robię źle i z pewnością Bóg miałby z czego skorzystać. Obawiam się jednak, że nie daję Mu większych szans na bardziej humanitarne środki wychowawcze. Dopiero twarde zderzenie z gruntem jest w stanie mnie otrzeźwić. Znacie to?

Inni mówią, „trzeba spaść na samo dno, żeby się odbić”, ja spadałam kilka razy. Czasem traciłam jednego dnia pracę, mieszkanie i … kogoś, kto miał być bliski. Innym razem zginął ktoś naprawdę bliski, jeszcze innym sama napytałam sobie biedy. Za każdym razem doświadczałam prozy i zbawiennego bólu, fizycznego kontaktu z gruntem.

Możesz zapytać, co to zmieniło, bo wydaję się być w traceniu równowagi zawodowcem. Nie wiem czy na skutek silnego uderzenia „w głowę”, czy też na skutek działania „światła z nieba”, jakie widział również św. Paweł upadając, za każdym razem zmieniałam perspektywę. Za każdym razem w innej sferze.

To nie jest miłe doświadczenie, wiem to lepiej niż ktokolwiek inny, ale jeśli tylko WSTANIESZ, już nigdy nie będziesz taki sam. Jak św. Paweł, masz szansę być… lepszy, o jedno bolesne doświadczenie mądrzejszy, o jedno spotkanie z Bogiem przemieniony.

Czasem widzę moich znajomych, jak pakują się w kłopoty, które zaczynają się niewinnie. Od mojego „nie róbcie tego, nic dobrego z tego nie wyniknie”, opędzają się jak od uprzykrzonej muchy. Trudno, trzeba im pozwolić upaść. Czasem znów przychodzą inni i narzekają, że to jest źle, tamto im się nie udaje, tu ich boli… Mówię im co powinni zmienić, ale moje słowa wpadają jak kamień w wodę. Widać jeszcze nie jest im tak źle, żeby chcieli coś zmieniać. Jeszcze nie osiągnęli dna. Czasem jedyny sposób w jaki można pomóc, to na to pozwolić.

Ja byłam sekundowana 3 razy, nie przeczę, trochę się mazałam, ale ostatecznie wstałam. Jeśli TY właśnie leżysz na dechach i w duchu słyszysz jak odliczają ci knockout, popatrz na światło, na Tego który Cię zrzucił. I nie maż się, to tylko forma przysługi. Wyciągnij rękę, Ten sam Cię podniesie… silniejszego.

I jeszcze jedno…, skoro już zrobiliśmy tyle hałasu na temat leżenia na dechach, może warto przypomnieć sobie, co dokładnie jest przyczyną, dla której się na nich znaleźliśmy. O ile nie zawodzi mnie pamięć i intuicja, jak w przypadku św. Pawła, tak w każdym innym, zawsze będzie to jakaś… żądza.