Plany, plany, plany…

Dlaczego plany noworoczne zawsze biorą w łeb…?

Właśnie kończy się pierwsza dekada stycznia, w tym roku obfitującego w wyjątkowo długie święta…. Powoli opada kurz wszelkich imprez, bali i domówek. Jak pewnie większość z was, doleczam swoje niedyspozycje i kontuzje powstałe z dzikiej radości świętowania. Za chwilę, kiedy ustąpią ostatnie bóle głowy i mroczki, przyjdzie refleksja…mamy nowy rok, wszystko od początku… o nie!

Jak każdego początku roku, za chwilę zrobię listę rzeczy, które chciałabym w swoim życiu zmienić. I tych, które chciałabym wprowadzić. I jak każdego roku zdam sobie sprawę, że z poprzedniej listy, niewiele postanowień zostało zrealizowanych. Szczerze powiedziawszy ta świadomość mnie rozbija. Zawsze tak samo. Kończy się na planowaniu i na kilkudniowym raptem napięciu wszystkich mięśni ciała i woli, by już pod koniec miesiąca zarzuć szlachetne postanowienia.

Albo jestem wyjątkowym obrazem patologii, albo co roku popełniam jakiś istotny błąd w swoim planowaniu. Przyszło mi dzisiaj do głowy, że ten błąd może tkwić w niewłaściwym określeniu z czym walczę, chcąc zrealizować moje plany i marzenia. Lub raczej z KIM, bo chyba nie chodzi wyłącznie o mój słaby charakter…? Może ktoś „pomaga mi” szybko zwątpić w swoje siły i się poddać? Robi to ze zwykłej sympatii do gorszej wersji mnie, którą jestem. Jakościowa zmiana mogłaby być dla niego nieodżałowana… Ef 6, 12. Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich.

Jeśli tak jest… to cały ten czas, moje narzędzia realizacji celów (instrukcje postępowania ze wszystkich tych mądrych książek pt. „Zmień swoje nawyki”, „Zrób to od razu”, „Zmień swoje życie” itp.) były polowaniem na bawoły za pomocą klapki na muchy. W tym roku zmieniam zasady gry…!

J.G.