modlitwa

Zamiast się poddawać – lepiej się pomódl

Amalekici przybyli, aby walczyć z Izraelitami w Refidim. Mojżesz powiedział wtedy do Jozuego: Wybierz sobie mężów i wyruszysz z nimi na walkę z Amalekitami. Ja jutro stanę na szczycie góry z laską Boga w ręku. Jozue spełnił polecenie Mojżesza i wyruszył do walki z Amalekitami. Mojżesz, Aaron i Chur wyszli na szczyt góry. Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę. Gdy zaś ręce opuszczał, miał przewagę Amalekita. Gdy ręce Mojżesza zdrętwiały, wzięli kamień i położyli pod niego, i usiadł na nim. Aaron zaś i Chur podparli jego ręce, jeden z tej, a drugi z tamtej strony. W ten sposób aż do zachodu słońca były ręce jego stale wzniesione wysoko. I tak zdołał Jozue pokonać Amalekitów i ich lud ostrzem miecza. Pan powiedział wtedy do Mojżesza: Zapisz to na pamiątkę w księgę i wyryj to w pamięci Jozuego, że zgładzę zupełnie pamięć o Amalekicie pod niebem. (Wj 17, 8-14)

Musze przyznać, że chyba nie jestem szczególnie rozgarnięta. Od wielu miesięcy podejmuję próbę zmiany. Staram się walczyć ze swoimi wadami – mniej wydawać pieniędzy, trzymać język za zębami, nie obżerać się, nie lenić i ogólnie być mniej aspołeczna. Ale nie zdziwi was pewnie informacja, że zmaganiom moim nie towarzyszy żadna pozytywna zmiana. Jedyne co rośnie, to moja waga i frustracja. Jeśli na jednej linii jest chwilowy przełom, to na innej klęska. Jeśli kilka dni z rzędu jest dobrze, za kilka następnych odrabiam wszystko z nawiązką. W zasadzie nie wiem co robię źle, ale dzisiaj wpadłam na pewną poszlakę.

Żeby wygrać wojnę trzeba mieć nie tylko serce mężne do walki jak Jozue, ale JEDNOCZEŚNIE ręce wzniesione ku górze jak Mojżesz. Nie wystarczy wyrwać się z mieczykiem, choć konieczne jest, żeby odważnie stawić się na polu bitwy. Równie istotne jednak jest, aby cały czas pozostawać na modlitwie. Tylko wtedy szala zwycięstwa ma szanse przechylić się na moją stronę. Kto zatem walczy? – ja. Kto zwycięża? – Bóg. Tylko czy to jeszcze moja walka? – odzywa się pokusa… Chciałoby się być samowystarczalnym i niezależnym. W końcu nikt z nas będąc w zerówce nie chciał, żeby rodzice załatwiali nasze porachunki z kumplami. Na szczęście z pomocą przychodzi zdrowy rozsądek. W wojnie, którą toczę nie mam do czynienia z kumplami z przedszkola, ale ze zorganizowaną mafią, która chce mojej śmierci (jeśli wolno mi użyć tej wcale nie tak odległej metafory). Mała pomoc Taty nie zaszkodzi…

J.G.