resurection

Zmartwychwstanie w wielkim mieście

Co roku odtwarzamy ten sam rytuał. Zaczyna się dwa, trzy tygodnie wcześniej – firmowymi śledzikami i jajeczkami. Zanim nadejdzie Wielki Tydzień jesteśmy już zmęczeni świętowaniem i leczymy styrane wątroby. Dla bardziej ortodoksyjnych – między zakupami, porządkami, strajkiem nauczycieli i innymi dopustami, trzy dni  wieczornych wizyt w kościele po 2 godziny każda. Potem już tylko pakowanie – dzieciaki, rowery, pies, wszystko upychane kolanem w zawsze za małym samochodzie. Kilka godzin w korkach na autostradzie z histeriami psa, dzieciaków, żony i prawie Święta. Paradoksalnie, schody wcale na tym się nie kończą. Trzeba przetrwać obfite śniadanie i długie spotkanie z rodziną. Wymiana chcianych lub mniej chcianych uprzejmości, cała ta kurtuazja. Bardziej temperamentni pokłócą się kilka razy. Inni dojdą do wniosku, że nic się nie zmieniło. Stare urazy i waśnie wracają, kiedy tylko przekracza się próg rodzinnego domu. Inni dojdą do wniosku, że wszystko się zmieniło. Brakuje przy stole kogoś bliskiego i trudno odzyskać tamtą radość. Nic nie jest i nie może być takie samo. Z dużym jednak prawdopodobieństwem wszyscy dojdą do przekonania, że miało być idealnie, a było jak co roku. Sprint, świąteczne szaleństwo do śniadania, a potem nudy… i frustracja.

Tymczasem był Człowiek, który powstał z martwych. Ważne, żeby to zrozumieć. Człowiek-Bóg, który przeszedł przez śmierć, jak przez bramę i żyje. Życiem innym, przemienionym, wiecznym, szczęśliwym. A tym, którzy w Niego wierzą daje moc, aby tak jak On powstali ze swojej śmierci.

Czasem żyjemy, życiem jakiego nie chcemy. Żyjemy, ale w środku czujemy się martwi. Smutek nas przytłacza i wydaje nam się, jakby każdy dzień składał się wyłącznie ze złych zdarzeń. Przygnieceni ciężarem codziennych obowiązków, czołgamy się przez pole minowe, motywowani potrzebami rodziny i kolejnymi ratami kredytów. Walczymy o przetrwanie. Byle przetrwać do wieczora i zasnąć. Byle skończył się kolejny dzień. Byle nikt się nie zorientował jak bardzo jest źle. Czy uda się kiedyś przestać tańczyć ten taniec śmierci? Jak długo można udawać przed samym sobą? Czy to już jest dno? Czy przegrałem życie?

Tymczasem Chrystus czyli Zbawiciel – zmartwychwstał. Zbawił nas – czyli uwolnił od wszystkich naszych wrogów, a jako ostatniego naszego wroga pokonał śmierć. Tym sposobem dla każdego kto tylko zechce po nie sięgnąć, ma pełną wolność i nowe życie. Teraz. To nie jest frazes. To nie jest figura retoryczna. Zbyt dużo jest tych, którzy to przeżyli i o tym świadczą.

Możesz zatem przestać odgrywać ciągle to samo przedstawienie, ze zmienną liczbą aktorów i scenerią. Masz szanse otrzymać nowe życie. Realnie. Uwolnić się od starych schematów. Zmienić coś. Wyrwać się śmierci, która zaciska palce na twojej szyi. I zacząć żyć. Zerwać ze starymi nałogami, z wadami, które nie dają ci szansy się rozwinąć albo wprost cię niszczą. Możesz się uwolnić od własnej miernoty. Wystarczy uwierzyć… i poprosić.

„Proście a będzie wam dane, szukajcie a znajdziecie, kołaczcie a otworzą wam. Albowiem, KAŻDY kto prosi OTRZYMUJE, kto szuka znajduje, a kołaczącemu otworzą”. Mt 7,7-8

Sprawdzisz?

Nic nie ryzykujesz. Gorzej nie będzie.