modlitwa

Do wszystkich niewysłuchanych

Z prawdami ewangelicznymi jest ta trudność, że przez lata z nimi osłuchani wszyscy dobrze je znamy – w teorii. Natomiast w praktyce ich zastosowania, każdy z nas wielokrotnie poległ. I sama ilość porażek na tym polu potrafi zniechęcać do dalszego ich słuchania. Podobnie jest z przesłaniem z dzisiejszej Ewangelii. Wiemy, że modlitwa powinna być wytrwała, ale jaki czas jej zanoszenia jest właściwy? Kiedy jest moment, że trzeba powiedzieć – dość! Jak długo mam trwać na modlitwie, której wysłuchania nie widzę?

Zapewne nikt nie jest w stanie uchronić się od wątpliwości i zniechęcenia po kilku miesiącach, a co dopiero latach bezowocnych błagań. Sama mam doświadczenie zanoszenia próśb przed Niebieski Majestat, które do tej pory nie zostały wysłuchane. Jedne przez 30 lat, inne połowę tego czasu. W takich sytuacjach nie sposób nie ulec wątpliwościom i pytaniom: o właściwość moich intencji, albo o naturę Pana Boga i Jego zainteresowanie tym co dzieje się tu, na dole.

Być może podobne trudności przeżywała wspólnota chrześcijańska, do której pisze Łukasz. Doświadczali wielkich prześladowań, zarówno ze strony cesarstwa rzymskiego jak i Synagogi. Wątpliwości i utrata pierwszej gorliwości dziesiątkowały wspólnotę. Jezus odszedł do nieba kilkadziesiąt lat temu, a Jego zapowiedziane przyjście nie następowało. Ich modlitwy o ocalenie, wydawały się ginąć w późni. Jakby władzę nad nimi miał wyłącznie niezrównoważony cesarz i mściwy Sanhedryn, a nie miłosierny Bóg. I patrząc na te wydarzenia z perspektywy pierwszych chrześcijan, tak to wyglądało. Wielu z nich nie zostało wysłuchanych. Zostali zaprowadzeni na rzymskie areny, a ich śmierć stanowiła rozrywkę dla miejskiej gawiedzi. Ci którzy uniknęli aresztowań, na wiele innych sposobów doświadczyli cierpienia i odrzucenia. Jednak sam prześladowany Kościół, po jakimś czasie dostrzegł, że na krwi jego pierwszych braci i na ich ofierze, na podobieństwo ofiary Chrystusa, zaczyna wzrastać coś znacznie większego – wiara tych, którzy byli ich oprawcami. Po 300 latach i kolejnych falach prześladowań, chrześcijaństwo stało się religią cesarstwa rzymskiego. Prześladowcy wierzących znaleźli drogę do Boga i stali się ich braćmi w wierze.

Z problemem niewysłuchanej modlitwy mierzył się również Abraham, niemal przez całe swoje życie. Myślę, że dobre 70-80 lat. Jego największym marzeniem był syn, którego nie miał. Kiedy ma 75 lat, po raz pierwszy odpowiada na jego modlitwę Bóg. Zaprasza go do wyjścia z ziemi swoich przodków i obiecuje nie tylko nową ziemię, jako dziedzictwo i upragnionego syna, ale liczbę potomków tak wielką jak ilość gwiazd na niebie. Obietnicę tę w dalszych latach, słyszy od Boga kilkukrotnie i trzyma się jej jak nikłego płomyka nadziei. Ale miesiąc za miesiącem i rok za rokiem, i 24 lata później Abraham nadal nie ma dziecka – nawet jednego. Dopiero kiedy ma sto lat i posiadanie potomstwa jest już dawno fizycznie niemożliwe, ani dla niego, ani dla Sary, wtedy Bóg spełnia jego wielkie marzenie. Może dlatego tak późno, żeby nie było wątpliwości kto jest autorem tego wielkiego wydarzenia? Jednak, kiedy Abraham umiera, ma dalej tylko jednego syna. Nie widać w nim zalążka wielkiego narodu. Szczerze powiedziawszy jego syn jest ciamajdą, z którego naśmiewa się przyrodni brat, syn niewolnicy. Abraham odchodzi więc wierząc, że godny zaufania jest ten, który złożył obietnice, ale nie ogląda jej spełnienia, ani nawet potencjału prawdopodobieństwa jej realizacji. Dopiero z perspektywy kilku kolejnych wieków możemy rozstrzygnąć, że Bóg spełnił to co obiecał i to z wielkim rozmachem.

Podobną prośbę – o dziecko, całe swoje małżeńskie życie zanosili Zachariasz i Elżbieta. I zestarzeli się nie otrzymawszy odpowiedzi od Boga. Jako bezdzietni, mimo, że nienaganni w swoim postępowaniu – jak daje o nich świadectwo ewangelista, musieli doświadczać wiele przykrości i szyderstw ze strony bliskich. Brak potomstwa był odczytywany w Izraelu, jako oczywisty znak bożego przekleństwa. W związku z tym, zapewne miano ich za ludzi o podwójnej moralności. Choć na zewnątrz wydawali się bogobojni, to przecież „już Bóg dobrze wie, dlaczego ich nie wysłuchuje”. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że modlitwa, która wydaje się pozostawać bez odpowiedzi, która przeszła próbę wiary i wytrwałości, staje się silniejsza i tak wzruszająca dla Boga, że czyni On rzeczy dużo większe niż prosimy i możemy przypuszczać. Owocem bożej odpowiedzi na modlitwy Elżbiety i Zachariasza jest św. Jan Chrzciciel. Ostatni prorok Starego Przymierza i największy narodzony z niewiasty – jak mówi o nim Jezus. Jan jest tym, który rozpoczął duchową reformę Izraela, żeby przygotować naród na przyjście Mesjasza. Ani Zachariasz, ani Elżbieta nie śmieliby przypuszczać, że ich synem będzie ten, którego zapowiadają pisma proroków, które codziennie czytają.

Gigantycznym zaufaniem wobec Boga musiał się wykazać Józef, który znalazł się w absolutnie tragicznej sytuacji. Co prawda uniknął śmierci z rąk własnych braci, ale został przez nich sprzedany w niewolę, w której o jego życiu i śmierci od tej pory decydował ten, kto kupił go jak rzecz, na targu niewolników. Kiedy wydawało się, że jakoś odnalazł się w sytuacji i zaskarbił sobie względy swojego pana, padł ofiarą zasadzki zastawionej przez jego żonę, która prześladowała go swoimi umizgami. Jako młody człowiek mógł nie wiedzieć, że bardziej niebezpieczna od nachalnej kobiety jest tylko kobieta odrzucona, dlatego uciekając przed grzechem cudzołóstwa, na skutek kobiecej mściwości i kłamliwego oskarżenia trafia do więzienia. Jego sytuacja zamiast się poprawiać, znów zaczęła przypominać tragikomedię, a Józef zupełnie stracił kontrolę nad swoim życiem. Jakiekolwiek podjął zabiegi, żeby wyjść z więzienia, dzięki którym zdawało się, że wolność jest na wyciągnięcie ręki, ostatecznie spełzały na niczym. Około 13 lat Józef modlił się o ratunek, nie widząc na niego nadziei. Być może zastanawiał się wtedy czy sny, jakie śnił w młodości, które obiecywały mu wielką godność, nie były tylko snem wariata. Trudno utrzymać w sobie wiarę, gnijąc w więzieniu. I znów, odpowiedź Boga przekracza wszystko, o co mógł się modlić. Marzył zapewne o wolności, a otrzymał tytuł „Safnat Paneah” – zbawcy świata. Jako drugi po faraonie, sprawował faktyczne rządy w całym Egipcie, a jego cierpienie nie okazało się bezcelowe. Sam z perspektywy czasu odczytał jego sens i zrozumiał, że w ten niezwykły sposób Bóg chce uratować całą jego rodzinę, a w konsekwencji cały naród. Po wielu latach sam do szedł do wniosku, że Bóg wszystko dobrze uczynił.

Podobnie było z Dawidem. Po namaszczeniu na króla Izraela, nikt nie wprowadził go do królewskich komnat. Kazano mu wrócić na pastwisko. W jego życiu właściwie nic się nie zmieniło i dalej doświadczał lekceważenia ze strony ojca i braci, właściwie wszystkich dookoła. Nawet zwycięska walka z Goliatem nie zapewniła mu objęcia tronu, ale naraziła na zazdrość i prześladowania ze strony króla Saula, dla którego przecież narażał swoje życie. Przez 15 lat był banitą, szefem szemranej bandy i najemnikiem, gdzieś na pograniczu królestwa. Piętnaście lat ucieczki i walki, sypiania pod gołym niebem, niekończącego się czuwania przed nadchodzącym zagrożeniem, zanim Bóg doprowadził go do miejsca, które obiecał przez usta proroka Samuela. Dawid nie tylko zgodnie z zapowiedzią Boga został królem, ale był królem jakiego nigdy wcześniej i nigdy potem Izrael nie miał. Na koniec Bóg złożył mu jeszcze jedną obietnicę. Królestwo Dawida – panowanie jego dynastii miało być wieczne. Trudno zarzucić Bogu, że porusza się po linii najmniejszego oporu. Jego obietnice są zawsze na miarę Jego samego. I znów, Dawid podobnie jak Abraham nie mógł oglądać spełnienia tej obietnicy. My wiemy, że Bóg spełnił ją w Jezusie Chrystusie.

Wielkie cierpienia wydają się być zarodkami wielkich dzieł bożych, o ile potrafimy w nich wytrwać w zaufaniu mądrości bożych planów i Jego miłości. Łaska, którą otrzymujemy wydaje się zawsze nieproporcjonalnie większa, niż cierpienia, które do niej prowadziły. Może więc warto nie tracić ducha na modlitwie, kiedy mamy wrażenie, że odpowiada nam tylko głucha, przejmująca cisza przeciągająca się w dni, miesiące i lata? Może nie ma modlitw niewysłuchanych – jest tylko tajemnica czasu ich wypełnienia?

 

Ewangelia:

Jezus opowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni się modlić i nie ustawać: „W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: „Obroń mnie przed moim przeciwnikiem”. Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: „Chociaż Boga się nie boję ani się z ludźmi nie liczę, to jednak ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie”. I Pan dodał: „Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”. (Łk 18, 1-8)