Minąć się z Bogiem
Z całego serca, z głębi drzemiących w nas pokładów uczciwości i sprawiedliwości, nie znosimy naciągaczy – za to, że łamią najświętszą zasadę, na której zbudowaliśmy każdą cywilizację i każdą istniejącą społeczność – zasadę wzajemności.
Nie znosimy tych, którzy wyskakują jak króliki z kapelusza tylko wtedy, kiedy potrzebują pomocy, a potem znikają na dni, miesiące i lata. Jeszcze bardziej nie znosimy tych, którzy po nadużyciu naszej życzliwości nie chcą zniknąć i notorycznie oczekują naszej pomocy i wiecznego przychodzenia im z odsieczą, prawie nigdy nie dając nic w zamian.
Dlatego nauczyliśmy się szybko eliminować ich z naszego życia, angażując swoje wysiłki tam, gdzie przynosi to wzajemną korzyść. Nic w tym dziwnego. To zwykły instynkt samozachowawczy. Nikt z nas nie jest samowystarczalny. Potrzebujemy siebie nawzajem, żeby przetrwać. Musimy więc czuć się bezpiecznie w tej nieustannej wymianie dóbr, sił, zasobów. „Ja tobie, a ty mi” – to podstawowa reguła na której opieramy nasz społeczny ekosystem relacji. Dlatego również społecznie piętnujemy każdy przejaw nieuczciwości i naciągactwa.
Ale nie jest tak, że angażujemy się tylko tam, gdzie widzimy dla siebie korzyść. Potrafimy wyskrobać trochę miejsca na małe przejawy altruizmu. Choć nie bez oporów, jesteśmy w stanie zaangażować się, bez obietnicy rewanżu. Jednak wtedy równie mocno jak naciągactwa nie akceptujemy niewdzięczności.
Niewdzięczność ma w naszej kulturze tak doniosłe, negatywne znaczenie, że postanowiliśmy ją sankcjonować. I w przypadku wykazania jej w stopniu rażącym, niewdzięcznik może się liczyć nawet z prawną możliwością odwołania darowizny na jego rzecz. To nie byle co.
Nie dziwi więc, że z dużą dozą prawdopodobieństwa, wszyscy czujemy jakiś zgrzyt, kiedy czytamy ewangelię o „dziesięciu trędowatych”. Na dziesięciu uzdrowionych tylko jeden przyszedł podziękować. Co stało się z dziewiątką? Dla nas to pytanie jest tak samo narzucające się, jak było dla Jezusa. A coś się stać musiało, bo chwilę wcześniej pełni determinacji i wiary z poufałością wołali do Jezusa po imieniu. W całej Ewangelii stać było na to tylko ślepca Bartymeusza, dobrego łotra, któremu tradycja nadała imię Dyzma i demony. Dalej, trędowaci wyznają w Jezusie mistrza, zatem kogoś pod czyją władzę jako uczniowie dobrowolnie się poddają. Tak z kolei zwracali się do Jezusa przede wszystkim apostołowie. Wreszcie, wielkość swojej wiary trędowaci okazują spełniając natychmiast polecenie Jezusa, posłusznie udając się na spotkanie z kapłanami. We wspólnocie Izraela, to kapłani byli tymi, którzy orzekali o wyzdrowieniu z trądu i mieli moc przywrócić uzdrowionego do wspólnoty z Bogiem, zezwalając na udział w kulcie, oraz do wspólnoty ze społecznością, zezwalając na ponowne zamieszkanie wśród swoich. Zatem wyruszyć na spotkanie z kapłanem, nie widząc jeszcze oznak uzdrowienia było wielkim testem wiary, który cała dziesiątka zdała śpiewająco. Bo kiedy szli zostali uzdrowieni.
Jednak wraca tylko jeden i to poł-poganin. Gdzie reszta? Czy poszli zająć się swoim życiem, porwani radością z uzdrowienia, spotkania z rodziną, której nie mieli już nadziei oglądać? Czy dynamika życia i własne sprawy wciągnęły ich na tyle, że nie znaleźli czasu, żeby wrócić i wyrazić wdzięczność? Cokolwiek to było, wydaje się nam wysoce naganne, że nie umieli znaleźć drogi powrotnej i podziękować Temu, któremu tę radość zawdzięczają.
Może się więc zdarzyć, że masz głęboką wiarę w bożą moc i miłosierdzie. Z poufałością wołasz o pomoc i nie raz i nie dwa doświadczasz w swoim życiu cudu, a mimo to, możesz minąć się z Bogiem. Wydaje się nam to nieprawdopodobne… Ale czy to, że cieszysz się zdrowiem, kiedy tylu choruje, że masz rodzinę i oddanych przyjaciół, kiedy tylu jest samotnych, że masz dobrą pracę i nie musisz martwić się o wydatki, kiedy tylu nie może związać końca z końcem, nie jest cudem? I to z kategorii tych, za które notorycznie zapominamy dziękować? Albo to, że Jezus w ogóle przyszedł na świat i sprawił, że nasza wieczność ma szansę być szczęśliwym zakończeniem, a nie niekończącym się cierpieniem. Albo, pomyślmy z jaką łatwością przychodzi nam nieraz podejście do kratek konfesjonału, zrzucenie z siebie wszystkich brudów, przyjęcie łaski wolności i nowego życia i odejście jak by nic się nie stało. Nie tylko bez należytej wdzięczności, ale często i bez większej refleksji, jak by to nie był sakrament, a odbicie karty w pracy, jakby to nie była wielka, niezasłużona łaska, za którą ktoś zapłacił swoim życiem. Może więc być tak, że doświadczasz nieustannie bożych cudów, a ciągle się z Nim mijasz.
Bo poznać Boga z bliska, twarzą w twarz, pozwala tylko wdzięczność. To ona sprawiła, że Samarytanin, jako jedyny z dziesiątki, dostrzegł Boga w Jezusie. Nie tego Boga, który jest daleko w Niebie, którego imienia nie wolno nawet wymawiać, ale Tego, który jest bliski i współczujący, który objawia się w zwykły dzień, na drogach każdego życia.
Ewangelia:
Stało się, że Jezus zmierzając do Jerozolimy przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodził do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami”. Na ich widok rzekł do nich: „Idźcie, pokażcie się kapłanom”. A gdy szli, zostali oczyszczeni. Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin. Jezus zaś rzekł: „Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec”. Do niego zaś rzekł: „Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. (Łk 17, 11-19)

To jest blog chrześcijański. Znajdziesz tu informacje o niezwykłych świętych, o najważniejszych chrześcijańskich cudach i relikwiach. Poznasz treść najważniejszych objawień maryjnych z całego świata, znajdziesz swój prywatny modlitewnik. Możesz też wziąć kilka lekcji walki duchowej, albo poczytać komentarze do najciekawszych fragmentów Ewangelii.
JG